Wpisy
Bardzo poproszę.
Póki co podpieram się wspomnieniami jesieni.

Podpieram się też rękami ze zmęczenia. Nie żebym robiła jakoś dramatycznie dużo. Senność jednak jest moją najwierniejszą towarzyszką ostatnich dni.
A kiedy już śpię to dziwne rzeczy mi się śnią. Fabryka cupcake'ów na tyłach kościoła parafialnego i radosne wyrabianie tychże w gronie rodzinnym. Żyrafa na smyczy dostana w prezencie od Taty. I inne rzeczy takie bardzie sur niż realistyczne.

Czy ktoś to jeszcze pamięta? My to z A. ostatnio wygrzebałyśmy i ubawiło nas to dość.
Dość trudny początek roku. Być może dlatego, że koniec poprzedniego upłynął tak miło, beztrosko i cudnie.
Najpierw w Domu, gdzie przygotowania do Bożego Narodzenia upłynęły mi dość sentymentalnie. Głównie przez to, że w związku z nadchodzącymi zmianami, próbowałam uporać się z przeszłością. Uporządkowałam biurko. Poukładałam w pudełka moje sukcesy i porażki. Nawspominałam się bardzo.
Dzieci rosną, przez co Święta w naszym domu nie odbywają się w ciszy i spokoju, ale błogosławionym chaosie. Ma to swój niesamowity urok. I dobrze, że dzieci będzie jeszcze więcej.

Okres poświąteczny w Kotlinie K., w bardzo fotogenicznym domu, z bardzo kochanymi ludźmi i sympatycznymi zwierzętami. Wydarzyły się nawet spacery w śniegu. Pstrągi, woda zdrojowa i gry planszowe.
Zabawa sylwestrowa to był istny Cyrk. Zgodnie z planem zresztą.
Cyfry, które składają się na ten rok brzmią dla mnie osobiście, złowieszczo. Nie lękam się domniemanego końca świata, ale z niechęcią myślę o wszystkich zmianach, które przyniosą najbliższe miesiące. Przydałoby się mieć trochę więcej nadziei, ale póki co jest stres. Demobilizujący.

Dobrze było pójść dzisiaj na łyżwy, mimo tysięcy ludzi i zrytego w śnieg lodu. Ruch mnie wybawi od marazmu, a sesja zmusi do działania. Skoro nie potrafię inaczej. Z własnej woli do roboty się brać.
Galopujące dni.
Od rana na powrót w Gdańsku. I pierwsza partia pierogów ulepiona. Na dobry początek.
Podróż pociągowa nietypowa. Spotkałam w przedziale koleżankę ze szkoły, co uważam za dość wesoły zbieg okoliczności. Pociągi są długie, przedziałów sporo, a tu akurat takie się spotkanie po latach 5 przydarzyło.
Poza tym opóźnienie 40 minut z powodu najbardziej kuriozalnego z możliwych. Aż go tutaj spiszę na pamiątkę. W trzeciej godzinie jazdy zatrzymaliśmy się na jakiejś stacji. Z megafonu popłynęła informacja, że z przyczyn technicznych pociąg będzie stał 30 minut. Po tej radosnej wieści jakiś koleżka z mojego wagonu postanowił wyskoczyć na krótkie zakupy. Nie dograło się jednak i pociąg ruszył po 10 minutach, a wesoły pan z powrotem do maszyny nie wsiadł, za to zostawił w niej wszystkie swoje rzeczy. Historia skończyła się na tym, że dwie stacje dalej czekaliśmy na niego aż dojedzie taksówką i do nas dołączy. Trwało to w sumie około godziny. Jak można się domyślać współpasażerowie nie przywitali go owacją na stojąco.
Gdyby nie fakt, że człowiek ten pochodził z mojego wagonu, nie widziałabym nic o przyczynie opóźnienia. Może jest tak, że to nie remonty, ale niemądrzy ludzie są winni tego zamieszania na kolei.
Chociaż miałam wątpliwość przez ułamek sekundy, kiedy o 6:30 rano przemierzałam w pośpiechu Rynek Główny, starając się nie spóźnić na Roraty za bardzo. Szłam szybko i tylko kątem oka spojrzałam na stojące przed Komendą milicyjne skoty i brygadę ludzi rozlepiających jakieś ogłoszenia. Zrobiło mi się dziwnie, nie zwalniałam kroku i myślałam sobie o tych ludziach, dla których 30 lat temu ten widok nie był przekonywającą rekonstrukcją tylko smutną rzeczywistością. Potem pomyślałam, że będą mieli dziwne deja vu.
Po południu przemierzając Rynek po raz kolejny, zobaczyłam przed jednym z kawiarnianych ogródków (swoją drogą jest prawie połowa grudnia, ale ludzie nadal przesiadują w ogródkach), dwóch muzykantów, którzy dzisiaj zamiast tradycyjnych krakowskich strojów ubrani byli w mundury MO. Pomyślałam, że to smutne, że komunizm tak dobrze się sprzedaje turystom z zagranicy.
Dziwny stan będący efektem niewyspania, stresu, nadmiernego myślenia i złej organizacji czasu. Wszystko do poprawy.
Na seminarium wyszło na jaw, że nie jestem specjalistką od przekładów poezji, zwłaszcza polskich przekładów Roberta Frosta. Nie lubię robić z siebie głupka, dzisiaj niestety nie udało się tego uniknąć. Nic wielkiego. Przynajmniej było wesoło niektórym, Pan Profesor śmiał się ze mnie i do mnie. Mi po pierwszej załamce też już chciało się tylko śmiać. Co też uczyniłam.
Kulturalna niedziela.
Msza w kościele św. Idziego. Liturgia w kolorze róż. Kazanie w oparciu o księgę Rut.
Pół obiadu u Polakowskiego, drugie pół u znajomków na Grodzkiej. Pysznie. W towarzystwie jednym z ulubionych krakowskich.
Teatr. Nowa scena w Starym Teatrze. Spektakl "Nasze miasto" z tekstem amerykańskiego dramatopisarza Thortona Wildera.
Niestety jedyny spektakl, który obejrzę w ramach tegorocznej Boskiej Komedii. Szkoda, bo zachciało mi się więcej. Nie ma już czasu. Z biletami też ciężko. Dzisiaj udało się wejść szczęśliwie, bo ktoś odwołał rezerwację.
Kino. O miłości film. Nadal się zastanawiam czy o życiu też, bo taki trochę nierzeczywisty się wydał mi. Ładny z ładnymi ludźmi. "Jeden dzień".
Uwielbiam dni takie jak ten.
a wieczorem doleciały do mnie dźwięki z Trynidadu. Takie są między innymi. To znaczy, że w kulturze tego anglojęzycznego kraju są widoczne hiszpańskie wpływy. Nic tylko jechać tam i sprawdzić na własne uszy i oczy.
Od prawie 5 lat, każdy mój powrót do Domu jest dla mnie świętem.
Czasem czystym świętowaniem, jak w ostatnią sobotę, kiedy Tata obchodził swoje niezwykle okrągłe urodziny. A czasami, a właściwie najczęściej wtedy, kiedy jest powrotem do codzienności tamtej.
Jedni chorują, inni remontują i urządzają, chodzą do pracy, szkoły, na uczelnię, wypełniają obowiązki, a ja mam ogromną radość z bycia w pobliżu i uczestniczenia w tej zwykłości.
Bardzo dobrze mnie to nastraja. Mam ogromną wdzięczność, że jest normalnie. Mam niezwykle zwykłą Rodzinę i zwyczajnych przyjaciół, którzy sprawiają, że jest pięknie, mimo że nie jest idealnie.
Noc w pociągu trudna, nieprzespana. Z niewiadomych przyczyn na stand by-u zamiast spania i nabierania sił na dziś.
W Zawierciu padał śnieg i zacinał pod wiatę peronową przez całe pół godziny mojego tam oczekiwania. W Krakowie pada deszcz. Na razie za oknem, ale muszę biec na zajęcia, pierwsze sobie odpuściłam, bo czułam się zmęczona i nieprzygotowana, ale na resztę się wybieram. Bez dalszych wymówek.
Wystarczyło, że dwa razy przemarzły mi nogi
żeby złapała mnie jesienna deprecha.
Trampki naprawdę już się nie nadają do przemieszczania po świecie zewnętrznym. Ciężko mi się z tym pogodzić.
Czas odkręcić kaloryfer i wpuścić centralne ogrzewanie na salony.
Zaopatrzyć się w dobrą herbatę i jakieś pocieszaczki.
Dzisiaj
Herbata gruszkowo-pomarańczowa
i cytrynówka domowej roboty.
Pomogło trochę.
a wcześniej w ten przedłużony weekend wizyta miłych gości z północy.
I różne z nimi przygody. Bywanie w miejscach i poszerzanie horyzontów. Japońskie drzeworyty w Muzeum Narodowym.
Tego Pana słuchanie też pomaga.
Za pół godziny zaczyna się nowy tydzień, na który nie mam siły.
Idę spać z nadzieją, że mi się to wszystko odmieni.
i że znajdę sposób jak się rozgrzać i przetrwać zimowatość tej pory.

Przyjemnie być zmęczonym po intensywnym i pięknym dniu. Od samego rana robiliśmy przygody.
O 8 rano otwarty trening curlingu, nazywanego też "szachami na lodzie". Dyscyplina to techniczna i strategiczna, więc początki dość trudne, ale zabawa wyborna. Szalenie miło jest sunąć po lodzie ze szczotką pod pachą i kamieniem w ręce, rotując go następnie na 10 albo na 2 w taki sposób, aby wjechał do domu i tym samym zwycięsko zakończyć enda.
Branżowego słownictwa można się poduczyć. Relacja z tego treningu w ostatnim reportażu dzisiejszej Kroniki Krakowskiej.
Z lodowiska pojechaliśmy od razu do Ojcowskiego Parku Narodowego, żeby nie tracić cennych słonecznych godzin tego przepogodnego dnia. Na miejscu, na widok jesienności i urody świata wpadłam w stan euforii, głębokiego zachwytu, infantylnej radości i wszystkiego co najlepsze i co wyzwala się w człowieku zawsze wtedy kiedy przychodzi mu obcować z czymś ulubionym. Ciepłe, jesienne dni pełne słońca są dla mnie czymś takim. Ulubionym właśnie.

A dodatkowo jak się takie radości dzieli z przyjaciółmi to już w ogóle lepiej być nie może. Chyba że potem wraca się do domu, gotuje pyszny obiad, sprasza kolejnych przyjaciół, a potem gra w planszówki.
Bardzo chce się takie dni zatrzymać. Dlatego warto robić zdjęcia. To pomaga porządkować wspomnienia i wracać do nich. Wiem, że będę ich potrzebować jak wszystkie te liście już opadną i zgniją i przykryje je brudny miejski śnieg.

Dzień spokojny. Gdański i jesienny. Trochę więcej słońca by się przydało, bo jesień korzystniej wtedy wychodzi na zdjęciach. Wiśnia przed domem nr 34 ma obłędną ilość kolorów.
Muzyka w i przy gotowaniu. Gruszki. W kardamonie przysypane kruszonką , z imbirem w muffinach albo zatopione w cieście bardzo czekoladowym. Ostatnio gotowanie sprawia mi dużo radości. A w kuchni u Mamy to już w ogóle jest fajnie, bo wszystko jest. Sprzęty i składniki. A gruszki są w ogrodzie.
Od 5 lat jestem pełnoletnia. Ciekawe za ile będę dorosła. Mam się dobrze i jestem wdzięczna wszystkim, którzy mi dobrze życzą. Aż naprawdę ma człowiek ochotę dożyć tych stu lat. Zwłaszcza jeśli w takiej szczęśliwości jaką ma.
Ja mam.
Fajne mam życie i lubię to powtarzać. Sobie w duchu i pod nosem. A czasem przychodzi taki dzień, że mówię o tym głośno w internecie.
W sobotę był w Krakowie Vargas Llosa, ale dla mnie to nie była najważniejsza wizyta tego dnia. Nawet nie udało mi się dostać wejściówki na spotkanie z nim. Jedyne co mi się udało to wysłuchać relacji z tego spotkania w Radio Kraków.
Wizytowali nasz dom goście rozliczni. W tę samą sobotę. W większej ilości, bo był czas najwyższy oblać parapet. Zabawa się rozpoczęła i trwała właściwie do dzisiaj, kiedy ostatni goście, opuścili progi naszego mieszkania.
Poza tym od wczoraj w Instytucie Cervantesa cykl spotkań różnorakich związanych z przyjazdem Eduardo Mendozy do Krakowa. Wczoraj z tłumaczami, dzisiaj z samym autorem, ponieważ biblioteka instytutowa została jego imieniem. Impreza zamknięta za zaproszeniami. Ja zjawiłam się tam w roli hostessy, to w ramach robienia rzeczy nowych i nietypowych . Zysk z tego wymierny. I zdjęcie z pisarzem co go lubię bardzo i świetna okazja do podpatrywania pracy tłumaczy ustnych i kilka smakowitych przekąsek na bankiecie. Świetna zabawa.
jutro spotkanie otwarte z tym samym autorem w PWST. Pójdę też. Takie branżowe imprezki kręcą mnie.
Zdecydowanie cudowny cover.