|
niedziela, 15 listopada 2009
Wrocław. Miasto spotkań.
Weekend jak w tytule. Pretekstem duża dawka muzyki na festiwalu One Love Sound Fest. Zbieram sobie nowe doświadczenia i przeżycia. I to zaliczam do bardzo udanych. Chociaż nie udało się wytrwać do samego końca, do samego rana. Ale Wrocław to było dużo więcej niż pozytywny rytm reggae. Cudna, słoneczna aura jesienna, przyjazne miasto i świetne towarzystwo gdańsko-toruńskie(właściwie też gdańskie, toruńskie chwilowo). Włóczenie się po tym uroczym mieście z mapą i bez i myślenie czy może nie dać się zauroczyć bardziej. Na dłużej, na chwilowe stałe. Kto wie. Pomyśleć sobie o tym mogę spokojnie. Czas jest. Spontaniczne szukanie miejsca na nocleg, bo po co rezerwować hostel wcześniej. Spontanicznie i bez pudła. W ogóle wszystko takie jakieś udane ostatnio. Wcześniej przecież wizyta MACów z Północy. W końcu miałam okzaję lepiej poznać mojego szeroko uśmiechniętego i gaworzącego bratanka. I śmiać się dużo z jego rodzicami, ugościwszy ich w naszym pokoju przejściowym, żeby było ciasno i przytulnie. Przytulne przytulanie niemolwaka. Udało mi się pokazać im Kraków w wersji "trochę mój" i pomóc C. zbadać poszlaki w jego arcyciekawym śledztwie genealogicznym. I zjeść mistrzowskie meksykańskie naleśniki. Zupełnie nieostre w przeciwieństwie do chińskiego makaronu, jedzonego pałeczkami. Na sposoby wielorakie, ale skuteczne. Opis krótki, dwa dni zleciały szybko. Cztery dni ostatnie w mgnieniu oka, mimo że kilometrów i wrażeń nakręciłam sporo. Przede mną cztery dość szalone z mojej winy dni. Bo ostatnio trzymam się zasady "na ostatnią chwilę", co jest fatalne i z czym trzeba walczyć, ale generalnie nie mam na to czasu. Wszystko jednak zamierzam zrobić i dać z siebie wszystko. Warto bo kolejny weekend również w drodze, w innym kierunku, do miejsca, gdzie jak powszechnie wiadomo morze możliwości. I jedna Maleńka poganka do ochrzczenia. (ochrzcić -fatalne słowo dla obcokrajowca)
niedziela, 08 listopada 2009
Koszmar z języków obcych.
Ratunku. Siadłam do nauki z najszczerszymi chęciami. Wzięłam się za czytanie i tłumaczenie tekstu z portugalskiego. Tekst z XIX wieku nie za łatwy, więc praca ze słownikiem wskazana. I tu zaczyna się multijęzykowy horror i poddanie w wątpliwość sensu uczenia się języków obcych. Szukam w słowniku portugalsko-portugalskim znaczenia słowa pegajoso [pegażozu]. Nie znalazłam. To sobie myślę tragedii nie ma, sprawdzę w portugalsko- hiszpańskim. Znalazłam. Hiszpański odpowiednik to pegajoso [pegahoso]. Wymowa jest inna, ale w słowniku i rozumieniu nie ma to znaczenia. Ale to jeszcze nic. Po kilkukrotnym powtórzeniu sytuacji, pomyślałam, że może jestem jednak zbyt ambitna i za wysokie progi, więc sięgnęłam do słownika portugalsko- polskiego, żeby sprawdzić słowo baracola. Co znaczy ni mniej ni więcej tylko barakola. Jest naprawdę super. Znam dużo słówek. W wielu językach, ale nie mam pojęcia co nazywają. Co gorsza nawet jak znajdę polski odpowiednik takiego dajmy na to słowa caleche, czyli kolasa to dalej nie wiem. Wie ktoś co to jest? Tak wiem można w Wikipedii sprawdzić. Dość mam. Idę po herbatę i poczytam sobie coś innego. Najwyżej bez zrozumienia. Dla samej przyjemności czytania. Dobrej niedzieli. Zimno mi w nogi, piecyk już nawet buchać nie chce.
piątek, 06 listopada 2009
Zdarzyło się, krótkie podsumowanie minionego czasu.
Takie jakieś niedopisane i nieopisane te moje ostatnie dni. Dni domowe, świąteczne, różnorodne. Zdążyłam się już postarzeć, być w domu i wrócić, pochodzić na cmentarze i uczelnię, pospotykać się z wieloma świetnymi osobami. Zaangażować w kulturę, w kinie być, w teatralnych repertuarach pogrzebać. I przyszłość w ten sposób nieco zaplanować. Dzisiaj dzień, rzecz ujmując holistycznie, wyborny. Wolny od zajęć, bo jakiś dzień pamięci. Wiem o co chodzi, ale nie umiem tego ładnie opisać, więc nie będę się silić. Wyspany, posprzątany był ten dzień. A pogoda taka cudna, że nawet sobie pozwoliłam przysiąść na ławce na Plantach i poczytać nieco Unamuno. Czytam "Mgłę" a to zjawisko bardzo a propos. Wczoraj w nocy takie mleko zasnuło Kraków, że widać było niewiele. Mgła ma w sobie jednak to coś z pogranicza mistyki, magii i thrillera. Uwielbiam. Poza tym naprzemiennie słucham Hey. Nowego albumu z koncertem bez prądu. I to jest super. I wszystko jest dobrze. I dynamicznie, a to bardzo wpływa na pozytywną ocenę rzeczywistości mojej przeze mnie. Tylko piecyk tak bucha niespokojnie, bo ma problem z zapłonem. I działa na zasadzie "do trzech razy sztuka".I Pan Piecowy już wydzwoniony i zamówiony, ale dopiero na poniedziałek.
Trwają Targi Książki. Wybieram się tam jutro i to bardzo ekscytujące.
poniedziałek, 26 października 2009
Bezczas, cisza i inne uroki życia.
Weekend bardzo udany. Zaskakujący. Poranek sobotni trochę w roli przewodnika, bardziej półprzewodnika. Krótki spacer po Krakowie i szybka kawa. Tak szybka, że zostawiłam parasol w Botanice. Trudno się mówi, a w domu parasole ma się jeszcze ze dwa. Potem moje sympatyczne trzy gdańskie sąsiadki udały się na lotnisko i poleciały dalej do jesiennego Paryża, a ja tym czasem spakowałam plecak, poszukałam odpowiedniego busa i pojechawszy dojechałam do znajomych moich sympatycznych, którzy na czas weekendu osiedli w domku podkrakowskim, a właściwie to bardziej pod Wieliczką. Udało nam się tam złapać godzinę bezczasu, którą uświęciliśmy tartą cytrynową i szampanem. Bo bezczas jest bezkarny i można jeść co się komu podoba i pić i mówić, bo nikt Ci nie jest w stanie udowodnić potem, że to miało miejsce. I przede wszystkim czas. Po zajęciach i po obiedzie wybrałam się na cmentarz, bo to ostatni moment, żeby przy okazji święta zatroszczyć się o pradziadków. Tym bardziej, że wyjeżdżam i źle byłoby mi zostawić ich niezadbanych. Bardzo lubię Cmentarz Rakowicki, jego starą część bardziej, chociaż ta wojskowa też ma swój urok i porządek. Pomyślałam sobie, że cmentarz to takie życiowe miejsce. Jak mało które. I że jest w nim tak dużo życia, a może żyć wiele. Szczelnie zamkniętych, krótko opisanych dwoma punktami: początkiem i końcem. A między tymi punktami niezliczone nieme historie. Wszystko przysypane złotymi liśćmi klonów. Czytam teraz książkę o kolumbijskich zbieraczach kauczuku. Dobrze się czyta książki o Ameryce Południowej, bo to tak obce, że pociągają nawet opisy przyrody, a właściwie to przede wszystkim one.
piątek, 23 października 2009
Zasłuchana, oczekując.
Czekałam dzisiaj na Pana Kuriera jak na Godota, z tą różnicą, że ostatecznie Pan przyjechał. Spóźniony jakieś 3 godziny, biorą pod uwagę to co o poranku oznajmiła mi Pani dyspozytorka. A ja jak głupia wyleciałam z zajęć. Mój cały misternie zaplanowany piątek przeobraził się w jedno wielkie czekanie. Ale nie do końca bezczynność. A przede mną jeszcze Wieczór Poetycki: Wisława Szymborska, Seamus Heaney, Tomas Venclowa w ramach Festiwalu Literackiego im. Czesława Miłosza. O zaproszenia jak zawsze było trudno, ale tym razem się udało. Jestem z tego bardzo rada. A przy okazji zobaczę na własne oczy jak od środka prezentuje się koszmarny z zewnątrz budynek krakowskiej Opery. Absolutnie cudowny nowy singiel Hey. Jakbyś ktoś jeszcze nie słyszał. I złapałam nowy muzyczny oddech. Oddycha się tym świetnie. Gatunek muzyczny nazywany flamenco chill. Prosto z Hiszpanii.
czwartek, 22 października 2009
W minionym tygodniu.
W tym tygodniu moja skuteczność poranna wyniosła 50%. Wtorkowy portuglaski bez szans zupełnie. W wyniku różnych okoliczności dla mnie łagodzących nie pojawiłam się na zajęciach. Potem się okazywało stopniowo, że prawie nikt się nie objawił. Skończyło się na trzech osobach obecnych. Fatalna ta godzina jest. Za to w środę nie przyszła Prowadząca, więc jest sympatyczny remis po rewanżu. Tutaj trwa bura i ponura jesień, z nielicznymi momentami nasłonecznienia i koloryzacji przestrzeni miejskiej. Czasem jakaś poetyckia mgiełka poranna przepłynie przez miasto, ale raczej mniej przyjemnie niż bardziej, niż by człowiek po październiku oczekiwał. Nawet kolokwium w tym tygodniu było. Takie niby proste, a jednak...przykład na to jak z banału można zrobić niewielki horror. Aczkolwiek jestem dobrej myśli, bo po co inaczej. Poza tym nastał czas picia dużej ilości wody i zastępowania słodyczy orzechami, co znaczy, że postanowiłam wziąć się na nowo za swoje nawyki żywieniowe. Po hulaszczym czasie wakacyjnego wypasu i wszechjedzenia, zaczęłam znowu uważać. Nie hołubię zasady, że jestem tym, co jem, bo niekoniecznie marzy mi się bycie kiełkiem słonecznika albo odtłuszczonym twarogiem, ale wychodzę z założenia, że można jeść smaczne rzeczy, inne niż na przykład ciasto czekoladowo-bananowe albo zapiekanka z Kazimierza. Tylko od kawy nie mogę się odzwyczaić. Co więcej zrobiłam się na tyle wybredna, że rozpuszczalnej nie biorę do ust. To moja jedyna spełniana zachcianka. Kawa w kawiarni. Zupełnie wbrew oszczędnościowym założeniom. Ale jest jesień i depresja. I trzeba żyć. A jak jest kawa to jest uśmiech. I trzeźwość umysłu, o którą coraz trudniej. W tych czasach ciemnych poranków.
czwartek, 15 października 2009
Antylitania chwili.
Uświadomiłam sobie, że pisanie tego bloga nie jest najszczęśliwszym pomysłem, chociażby z tego względu, że to jest jednostronne utrzymywanie kontaktu. Można sobie tu przeczytać co u mnie się dzieje i nie odpowiadać. Ja sobie żyje w nieświadomości co z tej drugiej strony i jakoś leci dzień za dniem. Także trochę mi się odechciało. Jasne, że nie to powinno być celem tych internetowych wynurzeń, aczkolwiek w tym przypadku jest nieco inaczej. W założeniu. Połowa października. Wcale nie moje imieniny. Ja nie z tych.
środa, 14 października 2009
W radiu puścili 'Let it snow'.
Jest 14 października. Pada śnieg, a wskaźnik na termometrze na oknie od rana nie ruszył się ani o stopień. Cały dzień wskazuje okrągłe 0. Wszystko to sprawiło, że pogoda stała się dzisiaj głównym tematem rozmów. Wszyscy narzekają i nikt nie rozumie. Bo przecież jesień, a jakby zima. Trzeba sobie ten armageddon jakoś umilać albo liczyć na to, że umilenie przyjdzie zewnątrz. Wykład z literatury współczesnej był taką formą przyjemności, która pozwoliła oderwać oczy od okna i zapomnieć o tym przenikliwym zimnie. Świetny wykład, przeinteresujący Unamuno.Wierzący ateista -"Creo en ti, Dios inexistente" (Wierzę w Ciebie, Boże nieistniejący) A to tylko punkt wyjścia. Początek XX wieku. Po zajęciach obiad, który miałyśmy zjeść wspólnie gdzieś w mieście. Stanęło na moim mieszkaniu, które też jest w mieście, a wydaje tańsze posiłki i można siedzieć do oporu. I nie trzeba dawać napiwków. Przyjemne popołudnie. Zaczął się sezon grzańca galicyjskiego. Przynajmniej tutaj w Galicji. Małej Polsce. Na pewno w prądnickim domku. Nie udało się pójść na projekcję brazylijskiego filmu, a warunki atmosferyczne były tylko jednym z powodów. Tym samym muszę sobie wieczorną rozrywkę zapewnić sama. A to nie jest specjalnie trudne, na szczęście. Zaktualizowałam zdjęcia w mojej galerii naściennej. Wszystkie Dzieciaki patrzą na mnie swoimi pięknymi oczami (oprócz Helen, bo akurat śpi) i jest miło, milej. Znacznie.
wtorek, 13 października 2009
Iberystyczna aktywistka.
Dzisiaj jest dzień przełomu. Wreszcie poczułam, że wszystko zaczyna się składać w jakąś spójność, że ten rok łatwy nie będzie, ale może ciekawy i owocny. Na to liczę, na to się nastawiam, ku temu czynię przygotowania. Dość znaczące, aż sama siebie zaskakuję. Po pierwsze udało mi się po dwóch latach starań zapisać się do Instytutu Cervantesa. Dla jasności nie ma w tym nic trudnego i okres starań wynikał jedynie z mojego nierozgarnięcia, nie zaś z niedostępności Instytutu. Dzisiaj się udało. Mam super kartę do Biblioteki. Już wypożyczyłam arcydzieło literatury latynoamerykańskiej i dwa filmy. Poza tym to zostałam sekretarzem Koła Iberystów. Nie jest to żadnym wysokim stanowiskiem ani wielkim osiągnięciem. Liczba osób na spotkaniu Koła była tak mała, że kogoś wybrać trzeba było, a funkcja nie niesie za sobą przesadnie skomplikowanej i dużej ilości obowiązków, ale jest to jakiś konkret. Jakaś aktywność. Ostatecznie to pierwszy krok, żeby przełamać bariery i odblokować się językowo. I ostatnia szansa, żeby w jakiś sposób zaangażować się w życie uniwersytecko-naukowe. A pewnie jeszcze kilka innych profitów jest z tym związanych, ale to okaże się w tak zwanym praniu. Poza tym podjęłam się opieki nad Bułką, niedużym, niezwykle uroczym i niepełnosprawnym chłopcem. Tak od czasu do czasu, w ramach działania pewnej konkretnej grupy. Taka forma wolontariatu, ale czuję, że to ja więcej się nauczę i więcej skorzystam niż On. Zobaczymy jak to będzie. Taki lekki stresik. Dzisiejszy ranek też był inny niż poprzednie. Mili Sąsiedzi z dołu podwieźli mnie samochodem na uczelnię, właściwie to Pan Sąsiad, który pracuje w pobliżu mojego Instytutu. Jechałam sobie w ciepłym autku, niezatłoczonym zupełnie i patrzyłam na złotą jesień leżącą na chodniku, zachlapaną błotem i poszarganą przez wiatr. Smutno mi się zrobiło, że tak ją potraktowano. Zostało przenikliwe zimno, ponury wiatr i nadzieja, że to jeszcze nie koniec października i że jeszcze może być pięknie. Słonecznie i kolorowo. A w między czasie, którego dzisiaj było więcej z powodu odwołanych zajęć szlajałam się po kawiarniach, piłam duże ilości kawy i rozmawiałam z D., która na szczęście już wróciła z przedłużonych wakacji i weszła ze swoją głupawką życiową w iberystyczną rzeczywistość. Na szczęście.
poniedziałek, 12 października 2009
Kolumb odkrył Amerykę.
Dzisiaj Dzień Hiszpanii, a właściwie Hiszpańskości (Día de la Hispanidad), a u nas na Uniwersytecie byli Argentyńczycy z kapitalnym, niepodrabialnym akcentem. Przyjechali do Polski w związku z jakimś historycznym dokumentem. Byli bardzo serdeczni i mówili nam o Patagonii i o sobie, o tym co robią i jacy są. Kusili Ameryką Południową, pokazywali foldery, zdjęcia. I cieszyli się z bycia w tak "egzotycznym" kraju jak Polska. Za oknem lał deszcz i przenikliwe zimno przełaziło przez nieszczelne okna na 9 piętrze. A im się podobało. Tak mówili. I te dźwięki w argentyńskim wydaniu. Jestem urzeczona. Jadąc do domu, a potem stojąc na przystanku i czekając na autobus mój poddomowy słuchałam sobie PR3 i "Powtórki z rozrywki". I sobie powtórzyłam rozrywkę i to było takie przyjemne, mimo wielominutowego mokrego przystanku. Przypomniałam sobie, że słuchanie radia jest dość dobrym tłem dla codzienności. Przed kilkoma minutami skończyłam sprzątać rozgardiasz powczorajszy. A w tej właśnie chwili uświadomiłam sobie, że mam jeszcze jedno miejsce do posprzątania. Mój komputer, a na nim dyski dwa. A to jest zdecydowanie gorsze niż sterta brudnych naczyń w zlewie. |
|